13 sierpnia 2014

Pierwszy uśmiech

Synek skończył sześć tygodni, a wraz nimi zdobył nową umiejętność.

Nasze małe Szczęście zaczęło się do nas uśmiechać!

To już nie są niekontrolowane grymasy, to świadome uśmiechy w naszą stronę. Antoś reaguje na nasze wygłupy i wydawane dźwięki. Uśmiech za uśmiech.



Źródło: www.momjunction.com

1 sierpnia 2014

Poród

Czerwiec dobiegał końca, termin porodu zbliżał się wielkimi krokami. Czas upływał nam na częstych wyjściach z domu. To zakupy, czy zwykły "spacer" po centrum handlowym (mimo, że tego mie popieram, to jednak tam zawsze było gdzie usiąść, odpocząć, no i były niezbędne kobietom w ciąży toalety), to spacer po parku, jakaś wizyta u znajomych czy rodziny, grill, restauracja, lody itd. Po pierwsze mnie ciężko było już wysiedzieć w domu. Miałam dość siedzenia, leżenia i całej reszty, a będąc w domu od rana do powrotu męża wymyślałam sobie zajęcia byle tylko się ruszać, bo wtedy bolało najmniej. Po drugie chcieliśmy trochę nadrobić ten okres, kiedy więcej czasu musieliśmy spędzać w domu i mnie oszczędzać. W ten ostatni weekend czerwca wybraliśmy się na festiwal dobrego smaku. Bierzemy w nim udział co roku, bo zawsze można spróbować czegoś nowego, odkryć nowe miejsca, poznać nowe smaki. Ponadto dzięki temu nie musiałam gotować w domu. 

Część tego ostatniego tygodnia wypełnił mi również pobyt w szpitalu. Musiałam stawić się na zdjęcie szwu, a przy okazji przebadali mi wzrok. Całe szczęście z oczami było wszystko w porządku, bo zaczęłam się obawiać przymusowej cesarki. Modliłam się tylko, żeby zdjęcie szwu nie wywołało skurczy. Nie chciałam rodzić w tamtym szpitalu. Nastawieni byliśmy na inny rozwój wydarzeń i udało się. Wypisali mnie trzeciego dnia i mogłam spokojnie czekać na poród w domu.

Do domu wróciłam w czwartek, a w piątek rano zaczął odchodzić czop. Poza tym i delikatnymi skurczami co jakiś czas, nic się nie działo. W poniedziałek po festiwalowym weekendzie miałam umówione ktg w trakcie którego oczywiście była totalna cisza. Następne miało być w terminie porodu... lecz nasz Synek chciał inaczej. 

Jeszcze tego samego dnia, po siedemnastej, pojawił się czop zabarwiony krwią. Lekko spanikowałam, a że skurcze były nieregularne, to spakowałam torbę i o 20tej pojechaliśmy do szpitala. Wystarczyło, że przekroczyliśmy próg szpitala i cisza, na ktg nic, rozwarcie dalej na 1 cm. Wróciliśmy do domu, obejrzeliśmy film i poszliśmy spać. O północy zaczęły sie skurcze co 10 minut, myślę sobie "znowu to samo", ale były coraz boleśniejsze. Mój sen trwał raptem do pierwszej w nocy, później spać się już nie dało. Po trzeciej skurcze były już co 5-7 minut. Zmieniałam pozycje, wstawałam, kładłam się, chodziłam, ale było coraz gorzej. O 6 wzięłam prysznic, ktory też nie pomógł. Zjedliśmy z mężem śniadanie i o ósmej pojechaliśmy do szpitala. 

Najpierw ktg. Są skurcze. 
Idziemy na badanie. Jest rozwarcie na 4 cm. 
Zączęło się. 




Źródło: www.weheartit.com

Na salę trafiliśmy po dziewiątej. Podłączyli mnie pod ktg, a mąż wypełniał niezbędne papiery. Chodziliśmy, siedzieliśmy ma piłce, rozkręcało się. Około południa przewieźli mnie na inną salę. Powoli miałam dość, a było coraz gorzej. Po tej nieprzespanej nocy czułam już spore zmęczenie, byłam naprawdę śpiąca. Mąż spełnił moją ostatnią ciążową zachciankę i przyniósł mi do zjedzenia banana w cieście. To był miły akcent tej męczarni. Przed 15:00 skurcze byly jużna tyle silne, że zaczynały lecieć mi łzy. W końcu mąż poszedł po położną. Wysłała nas pod prysznic, a później przeszliśmy do pokoju, gdzie miał odbyć się poród. 

Rozwarcie na 8 cm. Byłam tylko ja, Mąż i położna. Swoją drogą cudowna kobieta. Kiedy położna sprawdzała rozwarcie, odpłynęły mi wody. Cała reszta trwała jakieś 1,5 godziny. Darłam sie przeraźliwie, nie wiedziałam, że tak potrafię, ale ból był okropny. Mąż siedział obok i zerkał na odczyt ktg. Skurcze były coraz dłuższe i silniejsze. Kiedy nadchodził kolejny, łapał mnie za rękę. Jego obecność była niezastąpiona. Z porodu pamiętam wszystko. Mówiłam do męża jak to boli, że nie mam już sił i nie dam rady, że chcę cesarkę i nie chcę więcej rodzić, że kolejne dziecko jeśli już, to na pewno nie naturalnie. W tamtym momencie naprawdę tak czułam i myślałam. Jednak najgorsza była końcówka. Miałam wrażenie, że mały nie da rady przejść, że jest za duży. Czułam jakby mnie coś rozrywało. Dwa razy byłam przekonana, że główka jest już na zewnątrz, ale to było tylko złudzenie. Na 10 minut przed końcem położna podłaczyła oksytocynę, bo skurcze były za krótkie i męczyłabym się jeszcze z godzinę. Oksytocyna pomogła. 

Pierwsze parcie, drugie parcie, trzecie parcie... 

Usłyszałam płacz i przyjemne ciepło na brzuchu. To był On. Maleńki, zwinięty, delikatny. Płacz ustał. Czułam po palcami dłoni jak oddycha. Przecieli pępowine. Położna przełożyła go pod koszulę na mojej piersi. Tak leżeliśmy przytuleni przez ten czas, kiedy położna zajmowała się mną. Mąż nie mógł oderwać wzroku. Później przystawili mi małego do piersi i dali naszej trójce czas dla siebie. Dopiero po mniej więcej godzinie synek wraz z tatą poszli na ważenie i pozostałe pomiary. Później maluszek był już cały czas ze mną. Po dwóch godzinach od porodu zjawiła się siostra. Pomogła mi wziąć prysznic, zjeść kolację, a w tym czasie mąż zajmował się synkiem. Cieszyłam się, że to wszystko już za mną.